Google+ Followers

niedziela, 21 lutego 2016

Nawracanie szlag trafił.

Ostrzeżenie!
Jeśli:
Jesteś fanem tego filmu -  odpuść sobie ten post.
Jesteś fanatykiem religijnym, wrażliwy na punkcie religii, głęboko wierzący - na litość miodową tym bardziej sobie odpuść.
Jeśli mimo tego i tak przeczytasz, to pamiętaj, że Cię ostrzegałam!


Tytuł: Bóg nie umarł
Tytuł oryginalny: God's Not Dead
Reżyseria: Harold Cronk
Scenariusz: Cary SolomonChuck Konzelman
Gatunek: Dramat
Premiera: 6 marca 2015 (Polska) 21 marca 2014 (świat)
Kraj: USA


Miałam przyjemność (bądź nie) oglądać kilka dni temu ze swoim narzeczonym, film "Bóg nie umarł".
Słyszałam o nim pozytywne opinie, że niby nawraca na dobrą drogę.
Cóż.. brzmiało to zachęcająco, więc zrobiliśmy sobie popcorn, kupiliśmy dobre piwko i zasiedliśmy do oglądania.

Uwaga! czytasz na własną odpowiedzialność. Spoilery!!!





Nieprzetarte ścieżki wiary - Oczekiwania.
Oczekiwałam po tym filmie czegoś dobrego, na pewno znacznie lepszego niż to co obejrzałam.
Głównie rozrywki i dobrze zarysowanego konfliktu na linii: Student – Wykładowca. Inteligentnej wymiany argumentów. Emocjonującej potyczki słownej. Spodziewałam się dobrego zakończenia, bo spójrzmy prawdzie w oczy, sam tytuł wskazuje na to, że wykładowca polegnie pod naporem retoryki. Ale liczyłam, że przynajmniej będzie się zajadle bronił.
 Przyznam, że z zaciekawieniem zaczęłam go oglądać, spodziewałam się czegoś co poruszy poważnie kwestie wiary, może paru scen z poczuciem humoru, jakąś zaciętą walkę pomiędzy tymi wierzącymi a ateistami, spodziewałam się mocnych argumentów, czegoś szokującego, czegoś co by wstrząsnęło moimi poglądami i być może bym zastanowiła się nad swoim życiem, ale niestety moja powaga wobec tego filmu ulotniła się bardzo szybko.
Zawiodłam się i przestałam go traktować poważnie.

A kto umarł ten nie żyje - Główny wątek. (spoiler)
 Po krótkim wprowadzeniu dochodzimy do początku konfliktu, Josh, główny bohater udaje się na wykład z filozofii i odmawia podpisania deklaracji zgodnej z upodobaniami Radissona. Dostaje szansę na udowodnienie swoich racji, co przyjmuje bez większego entuzjazmu – ok. Radisson okazuje się typowym ateistą debilem, obrażonym na Boga z sobie tylko znanych powodów, który zamiast zrównać swojego przeciwnika z ziemią za pomocą intelektu i wiedzy, nieustannie wygraża i sabotuje, a i to nie za bardzo, bo bardziej woli się dąsać. Główny bohater zaczyna rozumieć, że wszyscy są przeciwko niemu, ale my tego nie rozumiemy, bo poza Radissonem, jedyną niechęć do Josha odczuwamy ze strony jego dziewczyny, ta o czymś tam truje a zaraz potem go rzuca, co bohater przyjmuje bez żadnych większych rewelacji, wszak znali się tylko sześć lat. Dochodzimy do finałowej debaty i nasz bohater, zamiast wywalić argument, który rzuci wszystkich na kolana oznajmia, że Radisson nienawidzi Boga, a nie można nienawidzić kogoś kto nie istnieje. Podobnie można uzasadnić istnienie królika Bugsa. Ale mniejsza z tym, bo w rezultacie wygrywa i może w końcu iść z chińczykiem na koncert religijnego boysbandu, wszyscy dobrze się bawią, a Radisson wpada pod samochód i umiera, wcześniej się nawracając. Fabuła jest naiwna, intryga drętwa i można poczuć się jak Nostradamus, bo od połowy filmu bezproblemowo przewidujemy wszystkie kolejne zwroty akcji. Sceny z wykładów wołają o pomstę do nieba, argumenty są płytkie, kontrargumenty mają za zadanie podłożyć podwaliny pod kolejne zwycięskie argumenty, całość przypomina scenkę jaką mogłoby przygotować kilku zainteresowanych tematem, religijnych uczniów gimnazjum.

 Ej! to przecież Hercules - Postacie
 Postacie karykaturalne.
Głównym bohater, student, głęboko wierzący, jest tak beznadziejnie bezpłciowy, że nie pamiętam już jak wyglądał, pomijając fakt, że nosił na szyi krzyżyk. Podziwiałam go za wiarę, swoje poglady i że broni swojego zdania, szkoda tylko, że trochę nieudolnie. Ot taki, szary przeciętniak z którym odbiorca ma się utożsamiać. W innym filmie robiłby za postać poboczną, tutaj jest jednak protagonistą, ku chwale pana itd.
Jego przeciwnikiem jest Hercules w roli profesora Radissona. "Główny zły"twierdzi, że Boga nie ma,  postać barwniejsza,  trochę przesadzona, a przy tym skonstruowana w taki sposób, że w przeciągu kilku scen z jego udziałem wiemy już, że nasz antagonista zamiast mistrzem argumentacji, okaże się obrażonym pierdołą.

Pozostałe postacie:
Blondi - czyli dziewczyna owego studenta, która rozkazuje mu tak jak jej wygodnie, potem strzela focha i z nim zrywa a potem ma pretensje oto i strzela kolejnego focha na to, że z nim zerwała. Tempa i brakuje jej tolerancji i zrozumienia, dobrze, że potem znika z dalszych scen.
Muzułmanka - hmmm... do tej pory nie wiem w zasadzie po co tam była. Myślałam, że jakoś się spiknie z tym studentem, jakoś sobie nawzajem pomogą, a okazało się, że ma po prostu jakiś osobny wątek w filmie i dlatego uważam, że wątki z nią już były naciągane.
No i kilku pobocznych postaci, którymi łatwo manipulować. żona Radissona, babcia, lewicowa blogerka, jakiś facet, pastor, czarny przyjaciel pastora,  typowy Ahmed, chińczyk i jakaś pinda, nie wyróżniają się niczym szczególnym.
Teoretycznie mają wolną wolę i wybór, ale tylko kilku z nich tak naprawdę dokonało wyboru, wiadomo jakiego idzie się domyśleć, skoro to film o nawracaniu.


Nie mogłaś poczekać z rakiem do jutra? - wątki poboczne.
Wątki poboczne przypominają, wątpliwej jakości filmy, którymi kiedyś raczono uczniów na religii. Mamy wątek nawróconej muzułmanki, którą tato, najbardziej stereotypowy Ahmed, wyrzuca z domu. Lewicową blogerkę, która odkrywając,że ma raka nagle nawraca się na jedyną słuszną wiarę. Partnera blogerki, ateistę, skurczybyka który zostawia swoją kobietę po tym, jak ta informuje go o raku. Żonę Radissona, która jest poniżana przez swojego męża i jego gości. Ot taki przykład chrześcijanki cierpiącej z rąk niewierzących. Dającego trzy rady pastora i jego czarnoskórego kolegę, który chyba pojawił się w filmie tylko po to żeby nikt nie mówił, że w filmie zapomniano o afro-amerykanach. Chińczyka, który dzwoni do taty. I starszą kobietę cierpiącą na demencję, bardzo lubiącą kurczaka. Wszystkie te postacie nie mają większego wpływu na główną fabułę i praktycznie w niej nie uczestniczą. Ich wątki nie łączą się  z wątkiem głównym. Josh żyje w sterylnej, bezpiecznej linii fabularnej i pomiędzy wykładami głównie sobie czyta. i chwała mu za to!

Wszystkie psy idą do nieba - podsumowanie.
Przewidywalny film, który nie zostawia innej możliwości interpretacji niż ta z góry narzucona. Do bólu antagonizujący wszystkich, którzy nie są chrześcijanami. Wszyscy ateiści w filmie, w trudnym dla siebie momencie nagle nawracają się na jedyną prawdziwą wiarę. Momentami jest też zabawnie, bo większość dialogów i sytuacji jest wręcz przekolorowana. Brakuje tutaj jakiejkolwiek emocjonującej sceny, pamiętnych tekstów, no może poza "Nie mogłaś zaczekać z tym do jutra?" - the best, to jedyne co utrwaliło mi się w pamięci. Poza momentem, gdy zapomniana przez wszystkich z widzem włącznie - babcia, wygłasza jedyny religijny tekst jaki w tym filmie ma sens, nie ma tutaj nic wartego uwagi.
Wszystko kończy się dobrze, wszyscy się nawrócili - jakżeby inaczej.

To tyle.

Pozdrawiam
Elilaya :)

12 komentarzy:

  1. Raczej nie zachęca do obejrzenia, chociaż tytuł przyciągnął moją uwagę. Dzięki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu moim zdaniem jest kiepski. A szkoda, bo myślałam, że to będzie na prawdę coś dobrego i mocnego. Szkoda. :)

      Usuń
  2. Obejrzałam film za namową pewnej osóbki. Matko bosko częstochowsko, to była jedna z gorszych rzeczy, które mogła mi polecić. Oczywiście to jest ok, chłopak chciał nawrócić swoją koleżankę ze szkolnego korytarza, a że znał moje zainteresowanie, jakim są filmy - użył jednej z lepszych metod. Ale narzędzie porównywalne do tępego, przyrdzewiałego noża na obozie harcerskim. Wziąć do rąk, pokręcić i wyrzucić. W siną daaal. Było to spory kawał czasu temu i dzięki wielkie za tak zabawne przypomnienie o tym wszystkim!
    Co do samego filmu - jako pasjonatka filozofii liczyłam na coś wow, na solidne argumenty. Tymczasem sama mogłabym pokonać na argumenty zarówno pana profesora jak i studenciaka. Kiepsko, no.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, łatwo było to wszystko obalić. A zamysł filmu był dobry, szkoda, że tak ten sknocili pomysł.
      Dzięki za komentarz :)
      Pozdrawiam.

      Usuń
  3. Stacja7 reklamowała ten film i o ile jestem wierząca i słucham i oglądam ojca Szustaka to takich filmów nie lubię.
    Może się mylę.
    ps. Ja na miniony weekend wybrałam 'Body/ciało' i 'Żyć nie umierać'. Mnie spodobało się 'Body/ciało', a narzeczonemu 'Żyć nie umierać'. Według mnie to podobna tematyka, tylko że inne ujęcie tematu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie np. o wiele bardziej podobał się film "Życie Pi", książki niestety nie przeczytałam, ale film po prostu super. O wiele bardziej religijny i bardziej do mnie trafia niż to co tutaj przedstawiłam w recenzji. I aktor, który opowiadał o swoim życiu był bardzo przekonywujący. I to było warte obejrzenia. Sięgnę po książkę, bo na pewno lepsza.
      Lubię też np. film "Pytanie do Boga" czy chociażby "Człowiek z Ziemi". Lubię filozoficzne filmy, przedstawianie poglądów i religijności, ale to musi być wiarygodne. Inaczej wchodzi z tego tzw. kiszka. :)

      Usuń
    2. 'Życie Pi' też mi się nie spodobało.

      Usuń
    3. 'Życie Pi' jako film sam w sobie nie jest zły, i to zakończenie jest ujmujące.
      Ja mam w ogóle opory jeśli chodzi o filmy, więc tak zrzędzę.
      Jeśli mówić o filmie o wierze to pewnie 'Życie Pi' jest ładniejszy.

      Usuń
    4. Nie tyle ładniejszy co sensowniejszy i lepiej nakręcony i zagrany. :)

      Usuń
    5. Nakręcony jest przepięknie.

      Usuń
    6. Książka na pewno jest lepsza, więc kiedyś po nią sięgnę. :)

      Usuń