piątek, 25 kwietnia 2014

Justyna, czyli nieszczęścia cnoty...



Tytuł: Justyna, czyli nieszczęścia cnoty
Autor: Donatien Alphonse François de Sade
Wydawnictwo: Wydawnictwo Łódzkie
Rok wydania: 1991
Status: z biblioteki


Chodząca cnota o imieniu Justyna...

Od bardzo dawna chciałam przeczytać tę książkę. Gdy ją w końcu dorwałam ciężko mi było się chociaż na chwilę od niej oderwać. Może to zabrzmi dziwnie, ale doczytałam do końca z wielką przyjemnością i z niemałym zainteresowaniem.
Jestem bardzo zadowolona i znalazłam w niej wszystko czego oczekiwałam, a nawet więcej.

Książka moim zdaniem jest bardzo dobra, opowiada o walce pomiędzy cnotą a rozpustą i porusza bardzo ważne kwestie bytu człowieka i sensu istnienia oraz wiary.
Oprócz tego, w książce jest też pokazane jak w tamtych czasach traktowano kobiety, słabszych i chorych. Kolejny raz udowadniana jest wyższość mężczyzn i ich prawa.

Filozofia przedstawiona przez autora może budzić kontrowersje a nawet obrzydzenie, to jednak trzeba przyznać, iż jego argumenty są napisane bardzo sensownie, zmuszają mimo wszystko do zastanowienia się nad sensem wszystkiego. I nie sposób się z niektórymi jego poglądami nie zgodzić. Chociaż może aż nazbyt starał się udowodnić, że cnota jest z góry skazana na porażkę.

Tytuł "Justyna czyli nieszczęścia cnoty" jest bardzo trafny, ponieważ faktycznie książka opowiada o losach tytułowej Justyny, jej walce, odwadze i cnocie. Wiedziała czego chce i pomimo tych trudności i przeszkód można by rzec, że cnota wygrała, lecz niosąc po drodze wiele nieszczęść. Miała pecha, że trafiła do świata Libertynów.
W zasadzie może nie tyle to są "nieszczęścia cnoty" co raczej "nieszczęścia Justyny".
Autor nieźle torturował naszą bohaterkę zanim doprowadził do jej szczęścia i spełnienia, ale mimo wszystko w końcu się zlitował i ją ocalił, więc chyba nie jest aż takim wielkim potworem.
Podziwiam Justynę, bo nie załamała się, dopięła swego i z każdej sytuacji potrafiła wyjść. Chociaż czasami przyznam szczerze, męczyła mnie jej naiwność, nie uważała zbytnio na siebie, za bardzo ufała ludziom i nie brała ze swoich doświadczeń lekcji przez co popadała w jeszcze większe tarapaty, których mogłaby uniknąć.

Ja tę książkę traktowałam jak swojego rodzaju horror, który ukazuje człowieka jako wynaturzonego potwora. A de Sade to tak jakby dzisiejszy Masterton.
Bo niby czym ta książka różni się od dzisiejszych horrorów? Skoro uznajemy Markiza za chorego człowieka, bo miał takie a nie inne poglądy i swoje upodobania to i również Mastertona czy Ketchuma powinniśmy za takich uważać, za to co ukazują w swoich książkach, bo normalne to to chyba też nie jest.

Książka jest napisana w sposób płynny i łatwy w odbiorze. Bogaty zasób słownictwa i pojęć. Brak nużących fragmentów, dialogi ciekawe, wartka akcja. Czyta się przyjemnie, z wypiekami na twarzy i z niemałymi emocjami. Wzbudza w czytelniku wszelakie uczucia. Książka ma niesamowity klimat i czuć wyraźnie powiew XVIII wieku.

Czy polecam? hmm...
To bardzo wstrząsająca i wzruszająca książka, zmuszająca do refleksji, pozostaje w pamięci na bardzo długo, dlatego polecam ją zdecydowanie osobom odważnym i twardo stąpającym po ziemi.

Moja ocena: 9/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz